Wykonanie:

Harbeth z serii 40.1 to dość ciężkie i duże monitory przeznaczone raczej do większych pomieszczeń 20m2+. Kolumny są dość masywne, oklejone starannie średniej klasy fornirem, posiadają maskownicę wciskaną w wyfrezowany otwór. Materiał maskownicy rozpięty jest na stalowej ramce. Całość ma klasyczny wygląd, nieco trącący myszką. Bryła jest duża i kanciasta co niektórym może przeszkadzać w mniejszych pomieszczeniach.

Ewidentnym minusem, niedopuszczalnym w kolumnie za kilkadziesiąt tysięcy złotych są widoczne wkręty typu „gips karton” na przedniej ściance oraz wkręty do drewna straszące z tyłu. Poprzez najtańsze otwory bas reflex wyziera watolina z wnętrza obudowy. Gniazda przyłączeniowe za kilkanaście złotych spotykane w najtańszych konstrukcjach, zamocowane bezpośrednio do ścianki. Producent nie przewidział podłączenia w bi i tri wire. Obudowa wewnątrz wytłumiona białą gąbką tapicerską oraz kawałkiem maty bitumicznej. Okablowanie firmy Van Damme po kilka zł mb. Zwrotnice rozbudowane z dużą ilością komponentów, strasznie podłej jakości. Cewki rdzeniowe, najtańsze rezystory ceramiczne po 1zł i kondensatory po kilka zł/szt. Głośniki średnio i niskotonowe to konstrukcje no name, zlecone przez producenta firmie, której nie ujawnia. Kopułka wysokotonowa to Seas T25C003 z dodaną siateczką ochronną za niecałe 500zł w detalu. Co gorsza w nowszym modelu 40.2 za ponad 50 000zł są identyczne głośniki i tej samej, niskiej jakości komponenty.

Brzmienie:

Przez wiele miesięcy obcowania z tymi kolumnami, podłączałem je do przeróżnej elektroniki szukając optymalnego zestawienia. Kolumn słuchałem w 3 pomieszczeniach o różnych wielkościach aby dać im się pokazać z jak najlepszej strony. Patrząc na dane techniczne i niską skuteczność od razu szukamy mocnych końcówek tranzystorowych. Sprawdziłem kilka wariantów z D`Agostino, Krellem, Gryphonem, Nordem oraz Accuphase włącznie ale z żadnym nie było synergii. U mnie te kolumny lepiej spisywały się z mocną lampą Amplifona. Każdy kto słyszał WM300 wie jak dynamiczne i przejrzyste stanowią wzmocnienie. Brzmienie to jest przeciwieństwem starszych i powolnych urządzeń typu WT40. Ciężko sobie wyobrazić bardziej odpowiedniego kompana dla nisko skutecznych i ciepło brzmiących kolumn, którymi są Herbatniki. Za źródło służyła Nagra, na zamianę z dCSem Vivaldi i ta druga opcja pozwoliła na zdecydowanie wyższej klasy brzmienie. Pomieszczenia w pełni zaadaptowane akustycznie o metrażu 18m2, 35m2, 90m2.

Na początek ustawienie. Kolumny otrzymałem z dedykowanymi standami Skylan, o niezwykle marnej jakości . Wycenione na kilka tysięcy złotych to żart i kpina z klienta. Realna wartość tych „paździerzy” to kilkaset złotych.

Zacznę od podstaw czyli sceny dźwiękowej. Kolumny podobnie jak Isisy mają dość wąski sweet spot. Przesunięcie o pół metra w każdą ze stron zaburza rysowaną scenę. Efekt ten jest nieco słabszy niż w Trennerach ale zalecam symetryczne usytuowanie miejsca odsłuchowego. Harbethy, znacznie lepiej tworzą scenę w głąb niż w szerz. Dźwięki zdecydowanie gorzej wychodziły na boki w stosunku do kolumn odniesienia Studio 16Hz Ethos Arctico. Głębia wypadła lepiej i brakowało jej może 30%. Scena rysowana poprawnie od linii kolumn wgłąb, nieliczne dźwięki były słyszalne przed linią kolumn. Dalsze plany zdecydowanie za mało czytelne.

Góra pasma zdecydowanie lepsza niż niższych modeli SHL5, 30.1. W zestawieniu z dCSem detalu prawie nie brakowało a równowaga tonalna pomiędzy środkiem i górą była poprawnie zachowana. Nie ma mowy o zmuleniu przekazu. Jedyne czego brakowało to rozdzielczości i wyrafinowania. W stosunku do kopułki Scan Speak w Ethosach, wybrzmienia zostały ogołocone z połowy harmonicznych. Niższa część wysokich tonów nie była tak aksamitna i przyjemna w odbiorze. Było słychać bardziej plastikowy charakter Seasa. Przez to fortepian Jarreta nie brzmiał tak czysto i klarownie jak z kolumn 16 hertz. Część winy za ten stan rzeczy ponosi zapewne reszta głośników z membranami z tworzyw sztucznych, taki duet plastik fantastik. Wyższej średnicy brakuje ewidentnie konturu i klarowności. Przez to bryły instrumentów i wielkość wokalistów bywają zbyt duże w stosunku do rzeczywistości. Wokal ewidentnie jest osadzony na jego niższej części co powoduje zakłamania barwy. Cohen brzmi zbyt ciężko a dźwięczy wokal damski brzmi o pół tonacji zbyt nisko. W chudo brzmiących systemach ten typ prezentacji może się podobać. Nie ma on niestety wiele wspólnego z realizmem. Średnica tak czy inaczej to najmocniejsza strona Harbeth, prawdziwa katastrofa kryje się w basie a właściwie basssie.

To co oferuje przedział niskich częstotliwości to absolutny żart. Szczerze, ten zakres to pięta achillesowa. Góra jest średniej jakości ale bas to dramat. Jedyny jego plus to masa, kolumny w mniejszych pomieszczeniach potrafią zejść dość nisko i zagrać obficie. Na tym zalety się kończą.

Motoryka, różnicowanie barwowe, dynamika, kontur, werwa, rytm to pojęcia obce tej konstrukcji. Przed odsłuchem Harbeth z serii 40, dziwiłem się że ludzie łączą tak mało efektywne kolumn ze słabowitymi lampiakami rzędu 20W. Teraz to rozumiem, niezależnie czy podłączymy do nich kilka KW, kilkaset W czy 10W dynamika będzie tak samo żałosna. Głośność się zwiększa a odczuwalne poczucie uderzenia i spiętrzenia dźwięku pozostają na zbliżonym poziomie. Perkusja, werbel to komedia. Fazy ataku nie stwierdziłem. Całość zawsze gra napompowanym, jednorodnym i przyciężkim niższym basem. Różnicowanie barwowe na utworach Marcusa Millera to dramat. Struny basowe brzmią jak wykonane ze… Sznura. Wszystkie instrumenty typu kontrabas, wiolonczela. altówka, gitara basowa, fortepian itd nijak nie przypominają swojego realnego brzmienia. Współczuję osobom, którzy testują na tych paczkach inne sprzęty w zakresie basu. Nawet stare JBLe pokazują herbatnikom czerwoną kartkę. Bas z najmniejszej Arcady 2.5 to przy Harbeth prawdziwa przepaść, o topowych Ethosach nawet nie wspomnę bo to są inne galaktyki. Harbeth 40.1 zupełnie wyłożyły się na muzyce symfonicznej, gdzie mamy do czynienia z dużymi spiętrzeniami dźwięku. Marsze Fennella dla nich to istny kataklizm. W sumie jedyne co można puścić z klasycznego repertuaru to granie typu „skrzypeczki”. Muzyka pop, rock, metal? Dajcie Państwo spokój, jedynie w elektronice jednorodny charakter niskich składowych drażni w mniejszym stopniu. Chyba, że trafimy na częstotliwość strojenia otworu BR lub rezonans obudowy wtedy mamy efekty dodatkowe w postaci pufaczenia i pompowania okraszone zniekształceniami oddanymi od obudowy. Szczerze to nawet jazzu nie mogłem znieść, bo znaleźć rytm perkusji słuchając tych kolumn to spore wyzwanie. Harbeth nie lubią grać głośno, poznałem je naprawdę dobrze. To zestawy dla osób, które chcę po cichu posłuchać plumkania i kliku szarpidrutów. Wybaczają wiele nietrafionych konfiguracji sprzętowych, dobre dla świeżaka lub melomana który niewiele w swoim życiu słyszał lub ma dość jazgotu zdecydowanej większości metkowców z przetwornikami made in China. Pomimo usilnych chęci odnalezienia legendy znalazłem jedynie… Rozczarowanie. Po ostatnich sesjach odsłuchu kilkunastu par kolumn, również na kosztownych Accutonach napiszę Wam, nie dzieje się dobrze w audio.

Dane techniczne (wg producenta):
Typ: trójdrożna, z obudową bas-refleks
Pasmo przenoszenia: 35 Hz–20 kHz (±3dB, w wolnej przestrzeni, 1 m, z założonymi maskownicami)
Impedancja nominalna: 6 Ω
Skuteczność: 84 dB/1 W/1 m
Rekomendowana moc wzmacniacza: optymalnie – 50 W
Moc maksymalna: 200 W
Wymiary: 750 x 432 x 400 mm (WxHxD), wraz z maskownicami i gniazdami
Waga: 34 kg (sztuka)
Wykończenie: naturalna okleina – Cherry, za dodatkową opłatą – Eucalyptus, Rosewood

Jeden komentarz

  1. Dokładnie tak te kolumny grają…wreszcie ktos opisał ich dźwięk rzetelnie. Dla mnie nie do przyjęcia, ale pewnie sporo początkujących audiofili wymęczonych „prezentacjami” współczesnego salonowego Hi-end’u gdzie prym wiodą nienaturalnie wyciągnięte skraje pasma i związany z nimi efekt WOW, będzie zachwycona. Pozdrowienia dla autora.

    meloman

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.