AMPLIFON ANTARES
Po wielu miesiącach wnikliwych odsłuchów mam zaszczyt zapowiedzieć recenzję topowych monobloków lampowych dobrze znanej krajowej manufaktury AMPLIFON AUDIO. Model Antares to obecnie perła w koronie firmy i topowy model przeznaczony dla najbardziej wymagających słuchaczy. 200kg wagi, 330W oddawane przy obciążeniach 2 lub 4 Ohm oraz gigantyczna rezerwa prądu radzi sobie z dowolnymi zespołami głośniowymi. O szczegółach dowiecie się wkrótce…
Pierwsze spotkanie
Są urządzenia audio, które można ocenić już po kilku minutach odsłuchu, ponieważ od pierwszych taktów zdradzają swój charakter, pokazując zarówno mocne strony, jak i ograniczenia, są również konstrukcje wymagające wielu godzin cierpliwego poznawania, podczas których ich prawdziwa natura odsłania się powoli niczym krajobraz wyłaniający się z porannej mgły, lecz istnieją także wzmacniacze należące do niezwykle wąskiego grona urządzeń wybitnych, których obecność w systemie odczuwa się jeszcze zanim popłynie pierwszy dźwięk, ponieważ sam sposób wykonania, monumentalna forma, doskonałe proporcje oraz emanująca z nich pewność siebie sprawiają, że człowiek instynktownie przeczuwa, iż ma do czynienia z czymś znacznie większym niż kolejnym elementem toru audio, i właśnie takim doświadczeniem okazało się dla mnie pierwsze spotkanie z monoblokami lampowymi Amplifon Antares.
Już sam widok tych potężnych konstrukcji budzi respekt, którego nie sposób porównać z wrażeniem wywoływanym przez większość współczesnych wzmacniaczy lampowych, ponieważ Antaresy nie próbują imponować przesadnym przepychem ani futurystycznym wzornictwem, lecz prezentują szlachetną elegancję wynikającą z doskonałych proporcji, wysokiej jakości materiałów oraz absolutnej świadomości własnej klasy, dzięki czemu przypominają raczej precyzyjne instrumenty naukowe lub kosztowne urządzenia laboratoryjne niż sprzęt przeznaczony do domowej rozrywki, a ich masywne chassis, starannie wyprofilowane radiatory oraz niezwykle estetycznie rozmieszczone lampy tworzą kompozycję, która z biegiem czasu nie tylko się nie starzeje, ale wręcz nabiera coraz większej dostojności.
Patrząc na system widoczny na fotografii, trudno oprzeć się wrażeniu, że właśnie Antaresy stanowią jego prawdziwe serce, ponieważ choć uwagę przyciągają również pozostałe komponenty, to właśnie dwa monumentalne monobloki ustawione na pierwszym planie dominują wizualnie nad całym zestawem, emanując spokojem i pewnością siebie charakterystyczną dla konstrukcji powstałych bez kompromisów, których projektant od początku wiedział, jaki efekt chce osiągnąć i nie pozwolił, aby ograniczenia ekonomiczne czy chwilowe mody wpłynęły na ostateczny kształt urządzenia.
Nie są to wzmacniacze próbujące za wszelką cenę udowodnić swoją wartość efektownymi rozwiązaniami marketingowymi ani agresywnym designem, ponieważ ich piękno wynika z harmonii funkcji i formy, z niezwykłej konsekwencji projektowej oraz z poczucia, że każdy detal powstał wyłącznie po to, aby służyć muzyce, a nie reklamowym sloganom, dzięki czemu już samo obcowanie z nimi sprawia wrażenie kontaktu z urządzeniem tworzonym przez ludzi, którzy muzykę traktowali jako wartość znacznie ważniejszą od parametrów katalogowych.
Przez wiele lat miałem okazję słuchać niezliczonej liczby wzmacniaczy lampowych reprezentujących niemal wszystkie możliwe szkoły projektowania – od delikatnych konstrukcji Single Ended opartych na legendarnych triodach 300B, przez potężne Push-Pulle wykorzystujące KT88, KT120 czy 6550, aż po egzotyczne urządzenia wykorzystujące lampy GM70 oraz 211 – i niemal każdy z nich posiadał własną osobowość, własny sposób interpretowania nagrań oraz własne kompromisy, które wcześniej czy później dawały o sobie znać, jednak Antares okazał się konstrukcją wymykającą się większości stereotypów dotyczących wzmacniaczy lampowych, ponieważ zamiast eksponować romantyczne ocieplenie, przesłodzoną średnicę czy efektowną miękkość, zaproponował brzmienie niezwykle dojrzałe, kompletne i zdumiewająco neutralne, zachowując jednocześnie całą magię, za którą od dziesięcioleci kochamy technikę lampową.
Największe zaskoczenie pojawiło się jednak dopiero po włączeniu urządzeń.
Każdy, kto przez lata używał wzmacniaczy lampowych, doskonale zna charakterystyczny rytuał ich uruchamiania, podczas którego w głośnikach pojawiają się delikatne szumy, subtelne przydźwięki, czasami ciche trzaski wynikające z nagrzewania elementów, a następnie pozostaje mniej lub bardziej słyszalne tło, które większość miłośników lamp uznaje za naturalną cechę tej technologii i którego obecność z czasem przestaje zwracać uwagę, ponieważ staje się nieodłącznym elementem codziennego obcowania z muzyką.
Amplifon Antares całkowicie zburzył to przekonanie.
Po zajęciu miejsca odsłuchowego, gdy lampy osiągnęły temperaturę pracy, zbliżyłem ucho niemal do samego głośnika, spodziewając się choćby najdrobniejszego śladu szumu własnego, delikatnego przydźwięku transformatora albo charakterystycznego dla lampowego toru oddechu elektroniki, lecz zamiast tego usłyszałem… absolutnie nic.
Nie ciszę rozumianą jako ograniczenie głośności.
Nie cichy szum.
Nie subtelne buczenie.
Nie ledwie słyszalny syk.
Po prostu nic.
Była to cisza tak głęboka, tak doskonale pozbawiona jakichkolwiek artefaktów, że przez krótką chwilę zacząłem zastanawiać się, czy wzmacniacze rzeczywiście pracują, ponieważ granica pomiędzy wyłączonym urządzeniem a urządzeniem gotowym do odtwarzania muzyki praktycznie przestała istnieć, a jedynym dowodem aktywności pozostawał delikatny blask rozgrzanych lamp.
Dopiero pierwszy dźwięk fortepianu uświadomił mi, że właśnie doświadczam czegoś wyjątkowego.
Nigdy wcześniej nie słyszałem wzmacniacza lampowego pracującego na tak niewiarygodnie czarnym tle.
Nie chodzi tutaj o efektowną ciszę, która robi wrażenie przez pierwszych kilka minut odsłuchu, lecz o absolutny brak elektronicznego nalotu sprawiający, że pomiędzy kolejnymi dźwiękami pojawia się przestrzeń przypominająca raczej pustkę sali koncertowej niż wnętrze urządzenia elektronicznego, dzięki czemu każda nuta rodzi się z kompletnej ciemności akustycznej, rozwija pełnię swojego harmonicznego bogactwa, a następnie gaśnie bez najmniejszego śladu mechaniczności, pozostawiając słuchacza z uczuciem niezwykłego spokoju.
Właśnie wtedy zrozumiałem, że największą zaletą Amplifona Antares nie jest ani moc, ani wygląd, ani nawet jakość wykonania.
Największą zaletą jest cisza.
Nie ta mierzona laboratoryjnymi przyrządami.
Nie ta wyrażana liczbami.
Lecz cisza, która pozwala muzyce istnieć w swojej najczystszej postaci.
Przez kolejne tygodnie odsłuchów wracałem do tej obserwacji wielokrotnie i za każdym razem dochodziłem do identycznego wniosku, ponieważ niezależnie od tego, czy słuchałem kameralnych nagrań jazzowych, monumentalnych dzieł symfonicznych, intymnych recitali fortepianowych czy perfekcyjnie zrealizowanych albumów wokalnych, Antares zachowywał tę samą niezwykłą właściwość polegającą na całkowitym znikaniu z toru, dzięki czemu uwaga słuchacza nie skupiała się na pracy wzmacniacza, lecz wyłącznie na emocjach zapisanych w nagraniu, a przecież właśnie to od zawsze było największym marzeniem wszystkich konstruktorów urządzeń High End – stworzyć elektronikę, której obecności nie sposób usłyszeć.
I właśnie dlatego już po pierwszych godzinach wiedziałem, że obcuję nie tylko z jednym z najlepszych wzmacniaczy lampowych, jakie kiedykolwiek miałem okazję słuchać, ale prawdopodobnie z najlepszym pod względem kultury pracy, poziomu szumów własnych oraz zdolności budowania absolutnie czarnego tła muzycznego, jakie kiedykolwiek pojawiły się w moim systemie odsłuchowym.
To nie było kolejne spotkanie z bardzo dobrym wzmacniaczem.
To było spotkanie z urządzeniem, które w niezwykle subtelny, niemal niezauważalny sposób zmieniło moje wyobrażenie o tym, jak daleko może sięgać doskonałość lampowej amplifikacji i jak niewiele wspólnego z rzeczywistością mają stereotypy mówiące o tym, że technologia lampowa zawsze musi oznaczać kompromis pomiędzy muzykalnością a precyzją.
Bo Amplifon Antares żadnego kompromisu nie zawiera.
On po prostu gra.
I robi to z taką naturalnością, że po pewnym czasie przestaje się analizować jego możliwości, zaczynając zamiast tego słuchać wyłącznie muzyki, a przecież nie istnieje większy komplement, jaki można wystawić urządzeniu audio.
Pierwsze spotkanie
Są urządzenia audio, które można ocenić już po kilku minutach odsłuchu, ponieważ od pierwszych taktów zdradzają swój charakter, pokazując zarówno mocne strony, jak i ograniczenia, są również konstrukcje wymagające wielu godzin cierpliwego poznawania, podczas których ich prawdziwa natura odsłania się powoli niczym krajobraz wyłaniający się z porannej mgły, lecz istnieją także wzmacniacze należące do niezwykle wąskiego grona urządzeń wybitnych, których obecność w systemie odczuwa się jeszcze zanim popłynie pierwszy dźwięk, ponieważ sam sposób wykonania, monumentalna forma, doskonałe proporcje oraz emanująca z nich pewność siebie sprawiają, że człowiek instynktownie przeczuwa, iż ma do czynienia z czymś znacznie większym niż kolejnym elementem toru audio, i właśnie takim doświadczeniem okazało się dla mnie pierwsze spotkanie z monoblokami lampowymi Amplifon Antares.
Już sam widok tych potężnych konstrukcji budzi respekt, którego nie sposób porównać z wrażeniem wywoływanym przez większość współczesnych wzmacniaczy lampowych, ponieważ Antaresy nie próbują imponować przesadnym przepychem ani futurystycznym wzornictwem, lecz prezentują szlachetną elegancję wynikającą z doskonałych proporcji, wysokiej jakości materiałów oraz absolutnej świadomości własnej klasy, dzięki czemu przypominają raczej precyzyjne instrumenty naukowe lub kosztowne urządzenia laboratoryjne niż sprzęt przeznaczony do domowej rozrywki, a ich masywne chassis, starannie wyprofilowane radiatory oraz niezwykle estetycznie rozmieszczone lampy tworzą kompozycję, która z biegiem czasu nie tylko się nie starzeje, ale wręcz nabiera coraz większej dostojności.
Patrząc na system z Amplifonem, trudno oprzeć się wrażeniu, że właśnie Antaresy stanowią jego prawdziwe serce, ponieważ choć uwagę przyciągają również pozostałe komponenty, to właśnie dwa monumentalne monobloki ustawione na pierwszym planie dominują wizualnie nad całym zestawem, emanując spokojem i pewnością siebie charakterystyczną dla konstrukcji powstałych bez kompromisów, których projektant od początku wiedział, jaki efekt chce osiągnąć i nie pozwolił, aby ograniczenia ekonomiczne czy chwilowe mody wpłynęły na ostateczny kształt urządzenia.
Nie są to wzmacniacze próbujące za wszelką cenę udowodnić swoją wartość efektownymi rozwiązaniami marketingowymi ani agresywnym designem, ponieważ ich piękno wynika z harmonii funkcji i formy, z niezwykłej konsekwencji projektowej oraz z poczucia, że każdy detal powstał wyłącznie po to, aby służyć muzyce, a nie reklamowym sloganom, dzięki czemu już samo obcowanie z nimi sprawia wrażenie kontaktu z urządzeniem tworzonym przez ludzi, którzy muzykę traktowali jako wartość znacznie ważniejszą od parametrów katalogowych.
Przez wiele lat miałem okazję słuchać niezliczonej liczby wzmacniaczy lampowych reprezentujących niemal wszystkie możliwe szkoły projektowania – od delikatnych konstrukcji Single Ended opartych na legendarnych triodach 300B, przez potężne Push-Pulle wykorzystujące KT88, KT120 czy 6550, aż po egzotyczne urządzenia wykorzystujące lampy GM70 oraz 211 – i niemal każdy z nich posiadał własną osobowość, własny sposób interpretowania nagrań oraz własne kompromisy, które wcześniej czy później dawały o sobie znać, jednak Antares okazał się konstrukcją wymykającą się większości stereotypów dotyczących wzmacniaczy lampowych, ponieważ zamiast eksponować romantyczne ocieplenie, przesłodzoną średnicę czy efektowną miękkość, zaproponował brzmienie niezwykle dojrzałe, kompletne i zdumiewająco neutralne, zachowując jednocześnie całą magię, za którą od dziesięcioleci kochamy technikę lampową.
Są konstrukcje audio, które można opisać w kilku akapitach, wymieniając typ lamp, moc wyjściową, architekturę układu, sposób prowadzenia masy i parametry transformatorów. Są również takie, wobec których ten język okazuje się zaskakująco ubogi, ponieważ próba sprowadzenia ich do liczb przypomina próbę opisania katedry poprzez policzenie cegieł.
Monobloki lampowe Amplifon Antares należą do tej drugiej kategorii.
Po obejrzeniu tych urządzeń trudno oprzeć się wrażeniu, że ich projekt nie rozpoczął się od arkusza kalkulacyjnego ani od listy parametrów technicznych, lecz od pytania znacznie bardziej ambitnego: jak stworzyć wzmacniacz, który będzie jednocześnie monumentalny i subtelny, potężny i elegancki, bezwzględnie techniczny i całkowicie muzyczny.
Już sam wygląd zdradza, że nie mamy do czynienia z typowym wzmacniaczem lampowym.
Nie ma tu nostalgii. Nie ma retro. Nie ma lakierowanego drewna i prób odtworzenia estetyki minionych epok.
Jest natomiast forma niemal rzeźbiarska.
Falujące osłony przypominają bardziej nowoczesną architekturę niż obudowę urządzenia audio. Ich rytm nie wygląda na przypadkowy — linie wydają się płynąć, jakby metal został zatrzymany w chwili ruchu. W tych kształtach jest coś organicznego, coś niepokojąco spokojnego, jak gdyby konstruktor próbował zamknąć wewnątrz aluminium samą ideę przepływu.
I dopiero po chwili dociera do człowieka, że ta monumentalna forma nie ma nic wspólnego z demonstracją siły.
To raczej deklaracja: tutaj wszystko zostało podporządkowane temu, co dzieje się wewnątrz.
A wnętrze, wygląda jak laboratorium, które z nieznanych powodów postanowiło zostać dziełem sztuki użytkowej.
Pierwsze wrażenie – skala bez ostentacji
Na zdjęciach Antares nie wyglądają jak urządzenia.
Wyglądają jak obecność.
To ciekawe doświadczenie estetyczne, ponieważ większość bardzo dużych wzmacniaczy próbuje budować respekt przez ciężar wizualny — masywne bryły, ostre krawędzie, grube radiatory i przemysłową surowość.
Tutaj zastosowano zupełnie inną drogę.
Bryła jest ogromna, ale miękka.
Masywna, ale płynna.
Monumentalna, ale pozbawiona agresji.
Patrząc na boczne osłony można odnieść wrażenie, że nie są one jedynie elementem ochronnym czy dekoracyjnym. Tworzą pewnego rodzaju wizualny filtr, przez który technika nie jest ukrywana — ona zostaje subtelnie zasugerowana.
Lampy istnieją pod powierzchnią.
Transformator jest obecny, choć nie eksponowany.
Mechanika nie dominuje.
To niezwykle dojrzałe wzornictwo.
I jednocześnie bardzo odważne.
Bo wymaga pewności własnej wartości.
Ręczne wykonanie – nie jako slogan, lecz jako filozofia
W świecie współczesnego audio niemal każda marka mówi o rzemiośle.
Prawie każda opowiada o tradycji.
Prawie każda deklaruje wyjątkowość.
Problem polega na tym, że bardzo często za tymi słowami stoją gotowe podzespoły, zewnętrzni dostawcy i składanie urządzeń przypominające bardziej montaż niż budowę.
W przypadku Antares idea wydaje się iść znacznie dalej.
Monobloki są składane ręcznie i — zgodnie z założeniami producenta — w całości powstają w firmie Amplifon.
Ale prawdziwie interesująca część tej historii zaczyna się dopiero wtedy, gdy dochodzimy do transformatorów.
W świecie lamp transformator nie jest dodatkiem.
Nie jest komponentem.
Nie jest jednym z wielu elementów.
Transformator jest sercem.
Można zbudować wybitny układ.
Można dobrać doskonałe lampy.
Można stworzyć idealne zasilanie.
Ale jeżeli transformator głośnikowy nie osiąga odpowiedniego poziomu — wszystko pozostaje tylko potencjałem.
I właśnie dlatego szczególne znaczenie ma informacja, że zarówno transformatory, jak i ich rdzenie są wykonywane we własnym zakresie i stanowią efekt ponad ćwierć wieku doświadczeń, eksperymentów i nieustannego doskonalenia.
Ćwierć wieku.
To nie jest cykl rozwoju produktu.
To nie jest projekt.
To jest epoka.
To jest czas wystarczający, aby zbudować kilka generacji urządzeń, popełnić wszystkie możliwe błędy i dojść do rozwiązań, których nie da się kupić.
Patrząc na wnętrze pokazane na fotografii trudno nie odnieść wrażenia, że każdy centymetr przestrzeni został podporządkowany nie tylko funkcji, ale również porządkowi.
Układ lamp.
Sposób prowadzenia przewodów.
Rozmieszczenie sekcji.
Odseparowanie obszarów.
Wszystko sprawia wrażenie spokojnej dyscypliny.
Nie ma chaosu.
Nie ma przypadkowości.
Jest rytm.
Brzmienie – kiedy muzyka odzyskuje masę, temperaturę i oddech
Największym błędem podczas opisywania urządzeń tej klasy jest próba opowiedzenia ich dźwięku w kategoriach prostych cech.
Ciepły.
Szczegółowy.
Dynamiczny.
Naturalny.
To słowa, które przestają coś znaczyć.
Bo Antares nie wydaje się urządzeniem operującym pojedynczymi cechami.
On buduje całość.
I właśnie dlatego pierwsze minuty odsłuchu mogą być mylące.
Nie pojawia się natychmiastowe olśnienie.
Nie ma audiofilskiego fajerwerku.
Nie ma sztucznego podkreślania detalu.
Nie ma przesadnego rozciągnięcia sceny.
Pojawia się natomiast coś znacznie rzadszego.
Poczucie spokoju.
Poczucie kompletności.
Poczucie, że system nie próbuje niczego udowodnić.
A potem zaczyna się proces znacznie bardziej niebezpieczny.
Człowiek przestaje słuchać sprzętu.
Średnica – nie reprodukcja, lecz obecność
Jeżeli istnieje zakres pasma, w którym Antares pokazuje pełnię swojej klasy, to nie dlatego, że coś podkreśla.
Przeciwnie.
Największe wrażenie robi brak podkreślania.
Wokale nie są wysuwane.
Instrumenty nie są przybliżane.
Dźwięk nie jest sztucznie oświetlany.
A mimo to wszystko staje się bardziej obecne.
Głos ludzki zyskuje niezwykłą cielesność.
Nie tylko słychać słowa.
Słychać ich ciężar.
Słychać mikrosekundy zawahania.
Słychać oddech między frazami.
Słychać moment, w którym wykonawca podejmuje decyzję o wejściu w kolejne zdanie.
Fortepian nie jest sumą harmonicznych.
Jest drewnem.
Metalem.
Powietrzem.
Skrzypce nie są jasne.
Są napięte.
Saksofon nie jest ciepły.
Jest materialny.
I właśnie tutaj zaczyna się magia.
Bo zamiast słuchać częstotliwości — zaczyna się słuchać intencji.
Bas – doświadczenie, które podważa przyzwyczajenia
Istnieje pewien utrwalony mit.
Mit mówiący, że jeśli ktoś oczekuje absolutnej kontroli basu, natychmiastowości impulsu, dyscypliny i bezwzględnego panowania nad najniższymi rejestrami, powinien kierować wzrok ku wielkim konstrukcjom tranzystorowym.
A lampy?
Lampy mają czarować.
Mają być piękne.
Mają być nastrojowe.
Po doświadczeniu odsłuchowym opisanym w tej recenzji trudno utrzymać tak prosty podział.
Bo bas Antaresów nie zachowuje się jak bas, którego oczekuje się po stereotypowym wzmacniaczu lampowym.
Moje subiektywne odczucie było niezwykle mocne.
Było to jedno z najbardziej imponujących doświadczeń w zakresie reprodukcji niskich częstotliwości, z jakimi miałem do czynienia.
Kontrola niskich składowych wydawała się niemal całkowita.
Nie chodziło o ilość.
Nie chodziło o potęgę.
Nie chodziło o spektakl.
Chodziło o panowanie.
Stopa perkusyjna miała natychmiastowość.
Kontrabas miał strukturę.
Gitara basowa miała fakturę.
Organy miały geometrię.
Nie pojawiało się najmniejsze wrażenie rozlania.
Nie było śladu opóźnienia.
Każdy impuls miał początek, rozwinięcie i idealnie kontrolowane wygaśnięcie.
Najbardziej niezwykły okazał się jednak koloryt.
To nie był bas monochromatyczny.
To nie była masa energii.
To był bas wielobarwny.
Miał odcienie.
Miał temperaturę.
Miał głębię.
Miał światło.
I właśnie tutaj pojawiło się odczucie, którego nie sposób pominąć: w moim odbiorze poziom kontroli, szybkości oraz bogactwa niskich tonów okazał się tak wybitny, że nie odczuwałem przewagi nawet bardzo wysoko cenionych konstrukcji tranzystorowych, które zwyczajowo traktuje się jako punkt odniesienia w tej dziedzinie.
Nie jako obiektywna prawda.
Jako doświadczenie.
Ale doświadczenie niezwykle rzadkie.
Dynamika – bez wysiłku
Wielkie wzmacniacze często grają wielkością.
Antares nie.
Antares gra swobodą.
To ogromna różnica.
Nie ma wrażenia mocy.
Jest wrażenie braku ograniczeń.
Orkiestra nie eksploduje.
Po prostu rośnie.
Fortissimo nie jest atakiem.
Jest rozszerzeniem przestrzeni.
A najcichsze fragmenty nie wydają się ściszone.
Wydają się bliższe.
I wtedy pojawia się coś najcenniejszego.
Mikrodynamika.
Najmniejsze przesunięcia.
Najdrobniejsze akcenty.
Najbardziej subtelne zmiany energii.
To właśnie one sprawiają, że muzyka przestaje być nagraniem.
Staje się zdarzeniem.
Cisza
Największe urządzenia audio nie definiuje to, jak grają.
Definiuje je to, co dzieje się pomiędzy dźwiękami.
Antares pozostawia po sobie szczególny rodzaj ciszy.
Nie pustkę.
Nie brak.
Ciszę wypełnioną oczekiwaniem.
I właśnie wtedy rozumie się coś ważnego.
Że prawdziwie wielkie wzmacniacze nie próbują zwracać na siebie uwagi.
Ich największym osiągnięciem jest sprawić, że przestajesz pamiętać o ich istnieniu.
Zostaje muzyka.
I zostaje poczucie, że gdzieś pomiędzy lampami, transformatorami, metalem, geometrią i tysiącami decyzji konstrukcyjnych wydarzyło się coś trudnego do wyjaśnienia.
Coś, co nie daje się zmierzyć.
Coś, co sprawia, że po zakończonym odsłuchu nie myśli się o urządzeniu.
Myśli się o tym, kiedy będzie można usłyszeć je jeszcze raz.
Po zajęciu miejsca odsłuchowego, gdy lampy osiągnęły temperaturę pracy, zbliżyłem ucho niemal do samego głośnika, spodziewając się choćby najdrobniejszego śladu szumu własnego, delikatnego przydźwięku transformatora albo charakterystycznego dla lampowego toru oddechu elektroniki, lecz zamiast tego usłyszałem… absolutnie nic.
Nie ciszę rozumianą jako ograniczenie głośności.
Nie cichy szum.
Nie subtelne buczenie.
Nie ledwie słyszalny syk.
Po prostu nic.
Była to cisza tak głęboka, tak doskonale pozbawiona jakichkolwiek artefaktów, że przez krótką chwilę zacząłem zastanawiać się, czy wzmacniacze rzeczywiście pracują, ponieważ granica pomiędzy wyłączonym urządzeniem a urządzeniem gotowym do odtwarzania muzyki praktycznie przestała istnieć, a jedynym dowodem aktywności pozostawał delikatny blask rozgrzanych lamp.
Dopiero pierwszy dźwięk fortepianu uświadomił mi, że właśnie doświadczam czegoś wyjątkowego.
Nigdy wcześniej nie słyszałem wzmacniacza lampowego pracującego na tak niewiarygodnie czarnym tle.
Nie chodzi tutaj o efektowną ciszę, która robi wrażenie przez pierwszych kilka minut odsłuchu, lecz o absolutny brak elektronicznego nalotu sprawiający, że pomiędzy kolejnymi dźwiękami pojawia się przestrzeń przypominająca raczej pustkę sali koncertowej niż wnętrze urządzenia elektronicznego, dzięki czemu każda nuta rodzi się z kompletnej ciemności akustycznej, rozwija pełnię swojego harmonicznego bogactwa, a następnie gaśnie bez najmniejszego śladu mechaniczności, pozostawiając słuchacza z uczuciem niezwykłego spokoju.
Właśnie wtedy zrozumiałem, że największą zaletą Amplifona Antares nie jest ani moc, ani wygląd, ani nawet jakość wykonania.
Największą zaletą jest cisza.
Nie ta mierzona laboratoryjnymi przyrządami chociaż i w tej materii wielu producentów może się uczyć.
Nie ta wyrażana liczbami.
Lecz cisza, która pozwala muzyce istnieć w swojej najczystszej postaci.
Przez kolejne tygodnie odsłuchów wracałem do tej obserwacji wielokrotnie i za każdym razem dochodziłem do identycznego wniosku, ponieważ niezależnie od tego, czy słuchałem kameralnych nagrań jazzowych, monumentalnych dzieł symfonicznych, intymnych recitali fortepianowych czy perfekcyjnie zrealizowanych albumów wokalnych, Antares zachowywał tę samą niezwykłą właściwość polegającą na całkowitym znikaniu z toru, dzięki czemu uwaga słuchacza nie skupiała się na pracy wzmacniacza, lecz wyłącznie na emocjach zapisanych w nagraniu, a przecież właśnie to od zawsze było największym marzeniem wszystkich konstruktorów urządzeń High End – stworzyć elektronikę, której obecności nie sposób usłyszeć.
I właśnie dlatego już po pierwszych godzinach wiedziałem, że obcuję nie tylko z jednym z najlepszych wzmacniaczy lampowych, jakie kiedykolwiek miałem okazję słuchać, ale prawdopodobnie z najlepszym pod względem kultury pracy, poziomu szumów własnych oraz zdolności budowania absolutnie czarnego tła muzycznego, jakie kiedykolwiek pojawiły się w moim systemie odsłuchowym.
To nie było kolejne spotkanie z bardzo dobrym wzmacniaczem.
To było spotkanie z urządzeniem, które w niezwykle subtelny, niemal niezauważalny sposób zmieniło moje wyobrażenie o tym, jak daleko może sięgać doskonałość lampowej amplifikacji i jak niewiele wspólnego z rzeczywistością mają stereotypy mówiące o tym, że technologia lampowa zawsze musi oznaczać kompromis pomiędzy muzykalnością a precyzją.
Bo Amplifon Antares żadnego kompromisu nie zawiera.
On po prostu gra.
I robi to z taką naturalnością, że po pewnym czasie przestaje się analizować jego możliwości, zaczynając zamiast tego słuchać wyłącznie muzyki, a przecież nie istnieje większy komplement, jaki można wystawić urządzeniu audio.





















Cena 500 000zł za parę.

Liga mistrzów! Czekamy na recenzje!
Perwersja! Szacun!
Byłoby cudownie, gdyby Pan Andrzej ( konstruktor wzmacniaczy Amplifon) zechcial jeszcze raz opracować dla nas, rodzimych audiofili wzmacniacz w klasie A z przełącznikiem sprzężenia zwrotnego, który brzmiałby jak Amplifon WT 40 II, ale z ogólnie dostępnymi ( produkowanymi obecnie )lampami .
Dla mnie wzmacniacz Amplifon WT 40 II był wybitnym wzmacniaczem lampowym , pięknie i solidnie wykonany , nietuzinkowy ( czytaj oryginalny) wygląd i przede wszystkim cudowne brzmienie, holograficzna stereofonia .To był wzmacniacz , który mogłem słuchać całymi godzinami, nigdy nie męczył uszu i zawsze urzekał swoim brzmieniem.
Wzmacniacz , po paru latach sprzedałem tylko dlatego, że jest problem z nabyciem kwadry lamp ,tzw.” diabełków ”
Ze swej strony dziękuję Panu Andrzejowi za Amplifona WT 40 II i te wszystkie chwile radości/ emocji , które przeżyłem słuchając muzyki na w/wwzmacniaczu.
No to Andrzej dopiero…ł grubo!