Historia firmy, narodziny filozofii brzmienia i odsłuch jednego z najważniejszych odtwarzaczy cyfrowych swojej epoki

Wstęp – zanim pojawił się SA-1, Marantz musiał najpierw nauczyć się, jak ma brzmieć muzyka

Nie da się uczciwie opisać Marantz SA-1 tak, jak opisuje się zwykły odtwarzacz: lista funkcji, kilka akapitów o dynamice i końcowa ocena. SA-1 nie był zwykłym urządzeniem. To jeden z tych komponentów, które powstają tylko wtedy, gdy firma znajduje się w szczególnym momencie swojej historii – ma technologię, ambicję i poczucie, że może zbudować coś, co nie będzie podporządkowane kosztom.

Aby zrozumieć, dlaczego SA-1 brzmi właśnie tak, trzeba cofnąć się o kilkadziesiąt lat – do momentu, gdy Saul Marantz budował wzmacniacze dla ludzi, którzy nie chcieli słuchać sprzętu. Chcieli słuchać muzyki.

Rozdział I – historia Marantza: od małego warsztatu do legendy audio

Saul Marantz – człowiek, który nie był zadowolony z tego, co można było kupić

Historia firmy zaczyna się nie od wielkiej korporacji, ale od frustracji.

W latach 40. i 50. Saul Marantz był miłośnikiem muzyki i sprzętu audio. Problem polegał na tym, że urządzenia dostępne na rynku nie spełniały jego oczekiwań.

Zaczął więc budować własne.

Początkowo nie chodziło o biznes. Powstawały urządzenia przeznaczone do własnego systemu odsłuchowego. Ale bardzo szybko okazało się, że inni chcą dokładnie tego samego.

W 1953 roku narodził się Marantz.

Pierwsze produkty szybko zdobyły renomę nie dlatego, że były efektowne wizualnie, ale dlatego, że dawały niezwykle czysty, naturalny dźwięk.

Szczególną legendą otoczone zostały:

  • Marantz Model 1
  • Marantz Model 7
  • Marantz Model 8B
  • Marantz Model 9

Do dziś wielu kolekcjonerów uważa, że Model 7 należy do najbardziej muzykalnych przedwzmacniaczy w historii.

I tu pojawia się pierwszy element ważny dla zrozumienia SA-1.

Już wtedy Marantz nie próbował osiągnąć laboratoryjnej neutralności.

Firma próbowała osiągnąć coś trudniejszego:

żeby muzyka była przekonująca.

Lata 70. – złota epoka i narodziny „brzmienia Marantza”

Po zmianach właścicielskich marka weszła w epokę ogromnej popularności.

Pojawiły się słynne amplitunery:

  • Marantz 2270
  • Marantz 2325
  • Marantz 2600

To właśnie wtedy zaczęto mówić o charakterystycznym brzmieniu Marantza.

Nie chodziło o podbicie basu.

Nie chodziło o ocieplenie.

To było coś subtelniejszego:

  • płynność,
  • bogata średnica,
  • brak agresji,
  • szeroka scena,
  • długoterminowy komfort słuchania.

Ta estetyka pozostanie z firmą na dekady.

Rozdział II – wejście w erę cyfrową i wielki problem pierwszych odtwarzaczy CD

Cyfrowa rewolucja nie zachwyciła wszystkich

Kiedy pojawił się CD, świat oszalał.

Obiecywano:

  • brak szumów,
  • idealną dynamikę,
  • perfekcyjną powtarzalność.

Ale wielu melomanów miało inne odczucia.

Pierwsze odtwarzacze często grały:

  • jasno,
  • płasko,
  • technicznie,
  • bez głębi.

Marantz bardzo szybko zauważył ten problem.

Dzięki współpracy z Philipsem firma zaczęła budować własną interpretację cyfrowego dźwięku.

Powstały modele, które dziś mają status niemal kolekcjonerski:

  • Marantz CD-94
  • Marantz CD-15
  • Marantz CD-17
  • Marantz CD-7

Każdy z nich próbował zrobić tę samą rzecz:

sprawić, żeby cyfrowa muzyka przestała brzmieć cyfrowo.

Ken Ishiwata – człowiek, który zmienił sposób projektowania Marantza

Jeżeli Saul Marantz stworzył firmę, to Ken Ishiwata stworzył jej współczesną tożsamość.

Ishiwata nie wierzył, że pomiary wystarczą.

Mówił wielokrotnie, że dwa urządzenia o bardzo podobnych parametrach mogą grać zupełnie inaczej.

Jego metoda była nietypowa.

Projekt nie kończył się na laboratorium.

Projekt kończył się odsłuchem.

Wymieniano:

  • kondensatory,
  • prowadzenie mas,
  • elementy analogowe,
  • ekranowanie.

Nie po to, żeby poprawić wykres.

Po to, żeby poprawić muzykę.

SA-1 jest jednym z najpełniejszych ucieleśnień tej filozofii.

Rozdział III – narodziny Marantz SA-1

Około roku 2001 Marantz postanowił pokazać, że format SACD nie jest marketingowym dodatkiem.

Powstał SA-1.

Nie odtwarzacz.

Nie źródło.

Referencja.

Był to moment bardzo ciekawy historycznie.

Rynek nie wiedział jeszcze:

  • czy SACD wygra,
  • czy DVD-Audio wygra,
  • czy CD pozostanie dominujące.

Marantz postawił wszystko na jedną kartę.

Zbudował urządzenie bez kompromisów.

Konstrukcja – dlaczego SA-1 waży jak wzmacniacz

Pierwsze wrażenie po kontakcie z SA-1 jest dziwne.

Nie wygląda jak odtwarzacz.

Wygląda jak monoblok.

Front:

  • grube aluminium,
  • idealnie spasowane przyciski,
  • ciężka szuflada.

Wnętrze:

  • ekranowane sekcje,
  • osobne zasilanie,
  • rozdzielenie części cyfrowej i analogowej,
  • ogromna dbałość o wibracje.

Marantz potraktował transport jak instrument mechaniczny.

Dlaczego?

Bo firma uważała, że jitter i zakłócenia zaczynają się wcześniej niż w DAC-u.

Jeżeli płyta obraca się niestabilnie – cały system pracuje gorzej.

Rozdział IV – ODSŁUCH. Jak naprawdę brzmi Marantz SA-1?

I tu zaczyna się najciekawsza część.

Nie test.

Nie analiza.

Próba opisania czegoś, co jest wyjątkowo trudne do opisania.

Ogólna sygnatura brzmieniowa

Po kilku minutach wiadomo jedno.

SA-1 nie próbuje imponować.

Współczesne źródła często robią pierwsze wrażenie:

„więcej detalu”.

SA-1 robi inne:

„więcej muzyki”.

Nie ma efektu:

  • podświetlenia wysokich tonów,
  • sztucznego konturu,
  • hiperdefinicji.

Jest niezwykle spokojna prezentacja.

Ale ten spokój nie oznacza braku informacji.

To raczej brak chaosu.

Średnica – być może jedna z najlepszych w historii odtwarzaczy cyfrowych

Tutaj SA-1 staje się wyjątkowy.

Wokal nie pojawia się między kolumnami.

Wokal istnieje.

Dźwięk ma masę.

Ma ciało.

Ma fakturę.

Przy dobrze nagranym głosie pojawia się coś niezwykłego.

Można usłyszeć:

  • pracę przepony,
  • zmianę pozycji ust,
  • mikrodrgania.

Ale nie jako osobne efekty.

Jako część występu.

To ogromna różnica.

Wiele bardzo analitycznych źródeł pokazuje szczegóły.

SA-1 pokazuje człowieka.

Jazz – moment, w którym SA-1 zaczyna błyszczeć

Na dobrym materiale jazzowym zaczyna się magia.

Kontrabas nie jest punktowy.

Ma pudło rezonansowe.

Saksofon nie jest jasną rurą.

Ma ciężar powietrza.

Perkusja nie brzmi jak zestaw impulsów.

Brzmi jak instrument stojący w pomieszczeniu.

I właśnie tutaj pojawia się rzecz, której nie dają pomiary.

Poczucie obecności.

Klasyka – przestrzeń i skala

Muzyka klasyczna pokazuje największą przewagę SA-1 nad wieloma współczesnymi urządzeniami.

Nie chodzi o ilość szczegółów.

Chodzi o relacje.

Sekcje orkiestry zachowują:

  • odległość,
  • głębokość,
  • własne rozmiary.

Sala koncertowa nie jest efektem pogłosowym.

Jest środowiskiem.

Bas – nie efektowny, tylko inteligentny

To nie jest bas dla osób szukających demonstracji.

Nie ma przesadnego uderzenia.

Ale jest:

  • kontrola,
  • struktura,
  • tekstura.

Stopa perkusji nie kończy się w momencie ataku.

Można usłyszeć całe wybrzmienie.

Kontrabas nie staje się jednym dźwiękiem.

Wysokie tony – lekcja dojrzałości

Współczesne źródła często mylą detal z jasnością.

SA-1 nie.

Jest ogrom informacji.

Ale nic nie wychodzi przed szereg.

Blachy:

  • mają metal,
  • mają połysk,
  • ale nie syczą.

Skrzypce:

  • są otwarte,
  • ale nie stają się cienkie.

To granie bardzo dojrzałe.

Dynamika – wielka, ale nie teatralna

Największe zaskoczenie.

SA-1 nie wydaje się bardzo dynamiczny.

Do momentu, aż wrócisz do innego źródła.

Wtedy okazuje się, że SA-1 nie podkreśla kontrastów.

On je odtwarza.

Ciche fragmenty są naprawdę ciche.

Głośne nie stają się agresywne.

To bardziej dynamika sali koncertowej niż efekt kina domowego.

Czy SA-1 jest idealny?

Nie.

Ma ograniczenia.

Dzisiaj:

  • nie ma streamingu,
  • nie ma USB,
  • nie ma nowoczesnych funkcji,
  • wymaga dobrego serwisu,
  • części bywają trudne.

I nie każdemu spodoba się jego estetyka.

Jeżeli ktoś szuka:

  • chirurgicznej precyzji,
  • maksymalnej ostrości,
  • laboratoryjnego charakteru,

może uznać SA-1 za zbyt spokojny.

Ale jeśli celem jest długie słuchanie muzyki bez zmęczenia – SA-1 nadal pozostaje urządzeniem niezwykłym.

Podsumowanie – dlaczego Marantz SA-1 nadal jest ważny

Marantz SA-1 nie był końcem rozwoju cyfrowego audio.

Był końcem pewnej filozofii.

Filozofii, w której budowano odtwarzacz tak, jak buduje się instrument.

Bez pośpiechu.

Bez liczenia każdej złotówki.

Z przekonaniem, że technologia nie jest celem.

Celem jest chwila, kiedy przestajesz analizować system i zaczynasz słuchać muzyki.

I właśnie dlatego, ponad dwadzieścia lat po premierze, SA-1 pozostaje jednym z najbardziej pamiętnych odtwarzaczy SACD w historii Marantza. To szczyt technologiczny i najlepszy napęd SACD w historii marki. Do dzisiaj wygląda jak pomnik i dzieło sztuki wzorniczej. Dla mnie nic się nie zestarzał i dzielnie broni się przed nowymi formatami audio. Jego analogowy styl grania doskonale pasuje do dynamicznych i rozdzielczych kolumn. U mnie w zestawieniu z Wilson Audio potrafił stworzyć niezwykle przyjemny duet. To odtwarzacz dla osób, które słuchają muzyki a nie sprzętu. Warto dołączyć go do swojej kolekcji.

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *